Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

"złoty Pociąg" Piechowice Dolne - historia


Idź do treści

- Historia


Historia ukrycia
oraz prób wydobycia skarbu piechowickiego


Jest listopad 1944 roku. Godzina 2.00 w nocy. 12 wagonów z lokomotywą mającą z tyłu umocowaną dużą płytę stalową spod zakładów zbrojeniowych w Petersdorfie rusza powoli w swoją ostatnią trasę. Po łuku skręca w prawo. Maszynista czuje inny dźwięk toczących się kół. Pociąg wjechał na prowizorycznie ułożony tor na polach. Po kilku minutach dźwięk znowu się zmienia. Jest dużo wyraźniejszy. Halt! Karbidowa lampa w rękach człowieka stojącego przy torach kreśli w powietrzu okrąg - stary świetlny kolejarski sygnał słów. Pisk hamulców. Lekkie szarpnięcie. Pociąg stanął. Nagle pojawił się błysk i huk. Pełno kurzu. Cisza. Nikt z obsługi pociągu już żyć nie będzie. Tajemnicę pociągu zabrali do obszernego grobu - grobu, który zmieścił w sobie pociąg. O Złotym Pociągu i Piechowicach piszą i mówią wszyscy. "Teleekspress" ze swoimi cienkimi dowcipami i rasowy dziennikarz Ryszard Wójcik z motorem swoich działań - żoną Alicją. Pan Ryszard, wielki pasjonat tajemnic, propagator telewizyjny poszukiwań skarbów napisał nawet książkę pt: "Łowcy skarbów", która latem 1997 roku ukazała się na półkach w księgarniach. Głównym tematem tej książki jest tajemnica zniknięcia pewnego pociągu. Pociągu tego państwo Wójcikowie szukali razem z braćmi Kęszyckimi wysokowydajnym sprzętem geologicznym i natrafili nie na tajemniczą sztolnię, lecz na... litą skałę. Jest więc ten Złoty Pociąg, czy go nie ma? Jeszcze dwa lata temu nikt o Złotym Pociągu nie pisał - ba, nawet o nim nie słyszał. Milczał o nich w swoich książkach Włodzimierz Antkowiak i Leszek Adamczewski - kultowi autorzy eksploratorów polskich. Kto wypłynął na wierzch z tym pomysłem? Był nim nikomu nie znany w środowisku eksploratorów Władysław Podsibirski. Posiadał on duży dar przekonywania o autentyczności swoich informacji. W maju 1995 roku podpisał umowę z Ministrem Finansów, gwarantującą mu znaleźne w przypadku wskazania miejsca i wydobycia Złotego Pociągu. Złoty Pociąg miał zawierać Bursztynową Komnatę, Złoto Wrocławia, dzieła sztuki i... Ministrom pan Podsibirski dostarczył...szkic, narysowany odręcznie na kartce papieru ! Pan Podsibirski nigdy nie dostarczył wiarygodnych, poważnych źródeł i materiałów dotyczących tej tajemnicy! Czy wystraszył się w ostatniej chwili? Jeżeli tak, to czego? Jaki jest finał tej sprawy? Rozmawiałem z mec. Aleksandrem Żółkiewskim, doradcą Ministra Kultury i Sztuki. Pan mecenas oświadczył, że choć sprawy poszukiwań są nadal otwarte, to należy liczyć się z tym, że decydenci będą teraz podchodzić do składanych im wniosków ze wzmożoną ostrożnością. Myślę, że zostało spowolnione poparcie sfer rządowych dla ludzi zwracających się o pomoc do rządu w sprawie poszukiwań mienia o dużej wartości kulturowej i materialnej. Czy pan Podsibirski tak mocno uwierzył w siebie i w swoją ideę, że myślał, iż uruchomi aparat państwowy w kierunku poszukiwań na podstawie infantylnego, odręcznego szkicu sytuacyjnego? Pojechałem do Piechowic, rozejrzeć się w terenie. Pierwsze pytanie, jakie sobie postawiłem brzmiało: Dlaczego do masywu Sobiesz wjechał pociąg? Przecież o wiele łatwiej można by ładunek do sztolni dostarczyć samochodami po przeładunku z pociągu. Nie trzeba by budować dodatkowego toru! Proszę sobie wyobrazić, że do budowy toru o długości ok. 1km trzeba by wcześniej zgromadzić podkłady, szyny, śruby, fachowe brygady montażystów! Niemcy byli i są świetnymi organizatorami. Nie komplikuje się życia, szczególnie w czasie wojny, kiedy siły i środki oraz czas działania są ograniczone! Poza tym trzeba by dla pociągu wybudować dużych rozmiarów tunel! Ale zaraz, zaraz... Może tunel tam był? Obecne zakłady w Piechowicach prowadziły produkcję zbrojeniową. Może część zakładów była umiejscowiona w pobliskim masywie Sobiesz. Drugim, zresztą koronnym argumentem na istnienie podziemnej fabryki jest betonowy domek oraz studzienki obok tego domku. Domek wygląda na wartownię. Posiada przedsionek. W przedsionku tym na pewno stał stojak na broń. We wnętrzu było miejsce na piecyk, tzw. kozę. Piecyka teraz oczywiście nie ma - została jednak rura kominowa. Intrygujące są studzienki wodne. Do czego służyły? Obok płynie strumyczek. W pobliżu jest nieduży nasyp ziemny o regularnym, prostokątnym kształcie. Co kryje w swoim wnętrzu? Wartownia jest umiejscowiona z daleka od szosy. Zresztą do blokowania ogniem szosy postawiono by bunkier. Czego więc strzeże tajemnicza wartownia? W pobliżu nie przechodzi nawet leśna droga! A może jest zaorana? Na mapie jest zaznaczona. Myślę, że studzienki odwadniały podziemną fabrykę! Nie robi się niepotrzebnie studzienek na skraju rzadkiego lasu! Czego więc strzegła wartownia? Podziemnej fabryki zbrojeniowej. Fabrykę podziemną zbudowano na pewno w oparciu o stare wyrobiska górnicze. Niektóre z tych wyrobisk w chwili obecnej dostępne są do zwiedzania, ale na skrajach tej góry. Ciekawą rzeczą są również zachowane równe jary na zboczach tej góry. Jary te biegną równolegle do stoku. Sądzę, że jary te są drogami transportu urobku skalnego. Jary, sądzę, powstały w poprzednich wiekach. To nie są jary wykonane w latach wojny. Jary te potwierdzają tezę o rozległych starych sztolniach w środku góry Sobiesz. Podsumowując: twierdzę, że w górze Sobiesz istnieje podziemna, hitlerowska fabryka zbrojeniowa. Założeniami na podstawie tej tezy są: a) bliskość zakładu zbrojeniowego b) wartownia całoroczna c) bliskość szosy d) system starych wyrobisk skalnych e) system studzienek odwadniających Twierdzę również, że istnienie Złotego Pociągu należy włożyć między bajki. Rozmawiałem z człowiekiem, który w tych okolicach prowadzi firmę geologiczną. Mówił, że zapoznał się z planami geologicznymi tego masywu. Struktura tej góry jest taka, że wydrążony, duży chodnik mieszczący pociąg
uległby samoistnemu zawaleniu. Środek góry składa się z sypkiego materiału! Mój informator zwrócił moją uwagę na inną ciekawą sprawę. Latem "Teleekspress" podał sensacyjną wiadomość: w Piechowicach ekipa z Bydgoszczy prowadziła za zezwoleniem władz profesjonalne poszukiwania Złotego Pociągu. Ogrodzili teren poszukiwań i wynajęli firmę ochroniarską do pilnowania terenu. Wśród eksploratorów zapanowało wrzenie zazdrości: ktoś nas ubiegł. Kto szuka Złotego Pociągu? Jestem producentem wykrywaczy metali, od początku powstania ruchu eksploratorów czynnie uczestniczę w zlotach miłośników tajemnic historii. Ani ja, ani moi koledzy z tego kręgu nie znają żadnej ekipy z Bydgoszczy! Tajemnicę odsłonił mi mój małomówny i tajemniczy informator. Obejrzał on teren po poszukiwaniach zagadkowej ekipy. Wnioski są sensacyjne. Ekipa ta nie poszukiwała Złotego Pociągu. To była profesjonalna ekipa geologiczna. Wartość prac wykonanych przez tę ekipę mój informator szacuje na ok.1,5 mld starych złotych! Znam polskich eksploratorów. Nikogo z nas nie stać na wyłożenie tak dużych pieniędzy z prywatnej kieszeni, na poszukiwanie skarbu na podstawie... odręcznego szkicu. Tajemnicza ekipa prowadziła ręczne wykuwanie chodnika, kopanie i badania geofizyczne. To były fachowo przeprowadzane badania geologiczne! Cel: poszukiwanie złota lub określenie jego procentowej ilości w urobku skalnym, a tym samym określenie opłacalności eksploatacji złoża. Kto byłby zainteresowany wykonaniem takich badań? Na pewno nie osoba prywatna, na pewno nie polska państwowa firma, której się to nie opłaca, bo dyrektor i tak otrzyma swoją pensję. Na pewno sprawą zainteresowane są zagraniczne koncerny górnicze. Tylko, dlaczego nie robią tego oficjalnie? Nie znam prawa górniczego. Może omijają stosowne opłaty? Cały świat wie, że od wieków w Karkonoszach wydobywano drogocenne minerały. Tylko nam, Polakom, po ponownym włączeniu ich w skład naszych granic nic się nie opłaca. W Złotym Stoku (zupełnie inny rejon Sudetów) spotkałem polską ekipę geologiczną oficjalnie badającą górotwory dla koncernu australijskiego. Co ciekawe, stosowano przechwytywanie fal radiolatarni (pracujących na falach długich) odbieranych przez... łodzie podwodne! Łączność na falach długich stosowana jest m.in. do porozumiewania się z łodziami podwodnymi i wykorzystywana jest przez speleologów. Wracając do tajemniczej ekipy z Bydgoszczy - "Teleekspress" nie podał rezultatu poszukiwań dokonywanych przez tę grupę. Na kamuflaż nabierały się armie, nabrali się chyba i nasi urzędnicy wydający stosowne zezwolenia. Moje sensacje oparte są na przypuszczeniach, obym nie miał racji. Chciałem od mojego informatora dowiedzieć się innych interesujących rzeczy o okolicy, lecz mój informator skierował mnie do...gospody w Piechowicach. Na moje pytanie, dlaczego jest taki oszczędny w informacjach, powiedział, że celowo to robi, gdyż obawia się za dużo gadać. W okolicy żyją "ludzie, jak ciepłe bułeczki". Zapytałem, co to znaczy. "Ano żyją ludzie, którzy nic nie robią i żyją dobrze". Czyżby legenda o strażnikach skarbów uzewnętrzniła się na progu XXI wieku? Przypomniała mi się teza dr Wilczura, który uprzedza, że hitlerowcy na tych ziemiach pozostawili agentów pilnujących interesów III Rzeszy. Ich misja przechodzi z pokolenia na pokolenie. Może się to wydawać dziwne, że
duch faszyzmu, pięćdziesiąt lat po II wojnie światowej pokutuje nawet wśród pokolenia nie znającego tej okropnej wojny. Do gospody... nie pojechałem. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Będę szukał skarbów w innym miejscu. Ostatnio pojawiły się nowe, interesujące fakty. Otrzymałem list od człowieka mieszkającego w okolicy góry Sobiesz. Cytuję fragment listu: " Posiadam pewne materiały, które mogłyby w poszukiwaniach pomóc. Oczywiście nie są to mapy i szkice tuneli , czy może wejść. A na pewno nie piszę, kiedy i gdzie wjechał pociąg. Sprawa jest głośna, a przyczynił się do niej Pan Podsibirski, którego znam, bo tu przebywa. Oferowałem temu Panu materiał, ale wzięcie go do wglądu, czy obiecane procenty od znaleźnego mnie nie interesują. Jeżeli Pana zainteresowałem, to proszę o kontakt. Materiały są od 1933-1945r., kierowane do głównego strażnika, człowieka o wielkim zaufaniu ( tak w pismach zwracano się do niego). Do tego 130 kart pracy z kopalni dolnośląskich, związane z tymi materiałami." Złoty Pociąg czeka nadal na sygnał wyjazdu.




TAJEMNICA GÓRY SOBIESZ W KARKONOSZACH



Czas odkopać złoty pociąg. Rząd RP posiada dokumenty potwierdzające istnienie w Piechowicach (woj. jeleniogórskie) podziemnej fabryki, w której Niemcy pod koniec wojny ukryli pociąg ze skarbami zrabowanymi w okupowanej Europie. Od ponad 4 lat nie przystąpiono jednak do ich wydobycia. W 1995 r. ówczesny minister finansów Grzegorz Kolodko podpisał w imieniu rządu umowę na wydobycie skarbów z Władysławem Podsibirskim. Z posiadanych przez UOP dokumentów oraz zeznań naocznych świadków wynika, ze pod górą Sobiesz w Karkonoszach znajdują się skarby, których wartość samo ministerstwo oceniało na setki miliardów marek. Badania przeprowadzone na polecenie rządu, w których brali udział przedstawiciele Ministerstwa Ochrony Środowiska, wykazały istnienie podziemnych labiryntów. Według osób, do których udało się dotrze ZW., tuz po wojnie Rosjanie starali się dotrzeć w głąb góry, wydrążyli w niej nawet 700 - metrowy tunel. Z niewiadomych przyczyn przerwali prace, mimo ze mieli dowody na istnienie podziemnej fabryki, w której produkowano torpedy i urządzenia dla V1 i V2. Także władze RP, mimo posiadanych dokumentów oraz badań, które pochłonęły setki tysięcy złotych, nie, kwapia się z wydobyciem skarbu. Gdzie jest "zloty pociąg"? "zło pociąga"? Skarby Zrabowane podczas wojny Niemcy ukryli w Sudetach. W Piechowicach, małym miasteczku w Sudetach, pod górą, obok fabryki Karelma, w labiryncie tuneli stoi "złoty pociąg". Dwanaście wagonów wyładowanych skarbami, które Niemcy pod koniec wojny wywieźli z Wrocławia, Berlina, Dolnego Śląska i Prus Wschodnich. Władysław Podsibirski, który od ponad dwudziestu lat zajmuje się ta sprawa, twierdzi, ze UOP jest w posiadaniu autentycznych dokumentów, w których wyszczególniono, co do feniga wartość piechowickiego skarbu. Piechowice położone są na trasie z Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby. Na początku lat trzydziestych w sąsiadującej z miastem górze Sobiesz Niemcy zaczęli drążyć podziemna fabrykę. Teren prac ogrodzono, a miejscowej ludności zakazano wstępu także na sąsiednia gorę Drzymały. W czasie ostatniej wojny w podziemnej fabryce produkowano torpedy i urządzenia do V1 i V2. Także tutaj, według naocznych świadków, do których dotarł Podsibirski, pod koniec 1944 roku zaczęto zwozić olbrzymie ilości skarbów zrabowanych w Europie przez Niemców. - Nie chciałbym tych informacji komentować ani wypowiadać się na temat Piechowic. Zbyt dużo kosztowało mnie to zdrowia i pieniędzy - powiedział ZW Władysław Podsibirski, z którym rząd RP podpisał pierwsza i jedyna w historii Polski umowę na wydobycie skarbów. Jednak mimo wydania setek tysięcy złotych na badania, które potwierdziły istnienie w górze Sobiesz podziemnej fabryki, władze do wydobycia skarbów nie przystąpiły. Pięćdziesiąt lat temu W lipcu 1944 roku władze niemieckie wysiedliły z Piechowic wszystkich mieszkańców, których domy sąsiadowały z górą Sobiesz. Powodem miało być przedostanie się do wód gruntowych i ujęć wody pitnej materiałów radioaktywnych ze znajdujących się w okolicy złóż uranowych. Miesiąc wcześniej w Berlinie zwołano naradę najbardziej zaufanych współpracowników Hitlera. Omawiano na niej sprawę zabezpieczenia zrabowanych podczas wojny skarbów. Za jedno z najlepszych do tego celu miejsc uznano znajdującą się w Piechowicach podziemna fabrykę torped. W ostatnich miesiącach wojny do tuneli znajdujących się w górze Sobiesz zaczęto sprowadzać w wielkich ilościach różnego rodzaju skrzynie. W listopadzie 1944 roku, pod osłoną nocy, do tunelu od strony fabryki Karelma wjechał po prowizorycznym torze pociąg towarowy, składający się z dwunastu wagonów, w tym trzech z Prus Wschodnich. Tor został natychmiast rozebrany, a wjazd wysadzony w powietrze. Więźniowie, którzy pracowali przy jego budowie, zostali rozstrzelani. Ich mogiły znajdują się prawdopodobnie w Cichej Dolinie koło Jagniatkowa. Żołnierzy stanowiących ochronę akcji wysłano do kompanii karnych. Boliwijski ślad W latach 70. Władysław Podsibirski w czasie pobytu w Sudetach poznał emerytowanego generała UB. W czasie jednej z rozmów generał opowiedział mu, jak w latach 40. funkcjonariusze NKWD tropili trzy wagony wysłane z Prus Wschodnich. W swoich poszukiwaniach dotarli do Jeleniej Góry, dalej ślad się urywał. Wspomniał także o Piechowicach. Podsibirski postanowił odszukać żyjących jeszcze mieszkańców Dolnych Piechowic. Dotarł do mieszkającej w Boliwii Niemki, która dopiero pod koniec lat 40. wyjechała z Polski. Zdecydowała się ona opowiedzieć, gdzie znajduje się wlot tunelu, przez który miał wjechać w głąb góry "złoty pociąg" pod warunkiem, ze władze polskie nie ujawnia jej nazwiska i miejsca zamieszkania. Podała także adres byłego żołnierza Wehrmachtu, który brał udział w "akcji piechowickiej" i który potwierdził jej informacje. Za gwarancje bezpieczeństwa oraz udziału w przyszłych zyskach pokazał Podsibirskiemu niemieckie dokumenty dotyczące Piechowic. Wskazał również inne osoby będące w posiadaniu informacji na temat skarbu. Jednocześnie zobowiązał notarialnie Podsibirskiego do reprezentowania go podczas rozmów z ówczesnym ministrem finansów Grzegorzem Kołodką. Świadkami wskazanymi przez niego byli - mieszkający jeszcze wtedy w Polsce - jeden z dowódców "Wilków Sudeckich" oraz były komendant SS. w Wałbrzychu - płk Fulke. Ten ostatni uciekł z Polski po rozpoznaniu go przez jedna z ofiar w Cieplicach. - Ostatnim szefem "Wilków" był Klaus U. Kiedy Podsibirski zaczął się interesować Piechowicami, Klaus podobno się z nim spotkał. W tamtym roku byłem z U. na spotkaniu byłych "Wilków" w Niemczech. Doszło do wielkiej awantury, zarzucono Klausowi, że zdradził Polakom tajemnice góry. Kilka dni później już nie żył - mówi S. H. - Pan był na górze i widział, że większość lasu jest sadzona sztucznie, tuz po wojnie, kiedy gros leśników na tych terenach stanowili nasi. Fabryka pod górą jest, ale miejsca nie znam i nie chce znać - stwierdził były niemiecki leśniczy ze Szklarskiej Poręby. Leśniczy uważa, ze nawet po wojnie miejscowa ludność niemiecka bala się chodzić po górach wokół Piechowic. To samo mówią Polacy, którzy przyjechali tu zaraz po wojnie. - Większość Niemców wyjechała z miasta w latach 50. Zaraz po wojnie na Sobieszu, co jakiś czas znajdowaliśmy zastrzelonych. Niemców - mówi pan Wiesław Dudek, prowadzący w Piechowicach salon bilardowy. Sytuacja uległa poprawie, gdy w okolicach Szklarskiej Poręby wojsko otoczyło i wzięło do niewoli oddział "Wilków Sudeckich". Spokój trwał do 1947 roku, kiedy to pracujący w fabryce Karelma Niemcy zaczęli opowiadać, ze w czasie wojny w zakładzie produkowano torpedy sterowane falami radiowymi oraz ze pod górą znajdują się zakłady zbrojeniowe. Dla potwierdzenia swoich słów otworzyli na terenie Karelmy bunkier, w którym znaleziono dwie torpedy. Podczas ich rozbrajania nastąpił wybuch, zginęło 17 osób. - Po tym wybuchu do miasta przyjechali Ruscy. Przeszukali fabrykę, znaleźli kilka skrytek z elektronika. Ciągali naszych na przesłuchania. Ktoś im powiedział, ze wlot do podziemnej fabryki powinien znajdować się od strony Jagniatkowa, wyryli tam ze 700 metrów tunelu i przerwali - mówi Henryk Stanisławski. W czerwcu 1994 r. Podsibirski złożył w Urzędzie Rady Ministrów pismo z prośba o wydanie zezwolenia na wydobycie skarbów znajdujących się w Piechowicach. W Ministerstwie Finansów oraz resorcie ochrony środowiska odbyły się rozmowy dotyczące podpisania umowy pomiędzy nim a rządem RP. W imieniu władz ówczesny minister ochrony środowiska, Stanisław Żelichowski, zagwarantował pisemnie Podsibirskiemu, ze rząd przystąpi do wydobycia skarbu. "Ministerstwo OSZNiL. Tajne. Warszawa 12.10. 94....Pan Podsibirski jako znalazca ma prawo do znaleźnego Podstawę obliczeń znaleźnego stanowić powinien szacunek mienia dokonany przez komisje powołaną przez rząd RP". Zelichowski spotkał się z Podsibirskim w Karpaczu, i następnie obaj pojechali do Piechowic. Pięć dni później do Piechowic wysłano ekipę składającą się z pracowników ministerstwa i geologów. W badaniach miał uczestniczyć także Podsibirski, ale nie został powiadomiony przez ministra o rozpoczęciu prac. Pomiary wykazały anomalie w budowie góry, układające się w schemat narysowany przez Podsibirskiego. Po powrocie ekipy do Podsibirskiego zadzwoniono z zadaniem zwrotu umowy, stwierdzając, ze badania nic nie wykazały. - Podczas badań w Piechowicach kręciłem film dla Polsatu. Wyraźnie było widać, jak aparatura pokazuje, ze coś jest pod górą - mówi Ryszard Wójcik, reżyser dokumentalista. Do emisji filmu jednak nie doszło, gdyż, jak twierdzi reżyser, na polecenie UOP został zdjęty z programu. - Pomiary potwierdziły istnienie w górze podziemnych korytarzy i pomieszczeń - twierdzi oficer UOP, pragnący zachować anonimowość. - Według mnie Podsibirski dał się oszukać, jak ja kiedyś w sprawie Lubiąża. Już po wstępnych badaniach było wiadomo, ze cos tam jest. Próbowano go podejść przez J.P. i J. W., to oni mieli otrzymać znaleźne - powiedział ZW Stanisław Siorek, zmarły niedawno, wybitny specjalista, zajmujący się odszukiwaniem skradzionych przez Niemców dóbr kultury. Zarówno J.P. jak i J.W. nie chcieli z nami rozmawiać. Twierdzili, ze badania nic nie wykazały. Jednak z posiadanych przez nas informacji wynika, ze w późniejszych latach sami starali się o pozwolenie na prowadzenie prac w Piechowicach. Członków ekipy Podsibirskiego poinformowano, ze rząd nie jest zainteresowany Piechowicami. Jednak znajdujący sie w naszym posiadaniu dokument mówi co innego: "Ministerstwo Finansów - ściśle poufne, 17.02.95 r. aktualnie trwają prace nad technika i logistyka wydobycia znaleziska". - Jakieś dwa lata temu, idąc po lesie, zobaczyłem dwa samochody i kilku ludzi kręcących się wokół skałek. Podchodzę i mowie, ze jest zakaz wjazdu do lasu. Na to jeden z nich wyciąga legitymacje UOP i mówi do mnie: s... - to i poszedłem - mówi Wiesław Kalisz, leśniczy z Piechowic. Według Kalisza, UOP wielokrotnie penetrował górę. W lutym 1995 r. Podsibirski i S.J. (ówczesny członek jego zespołu) odbyli godzinna rozmowę z wicepremierem Grzegorzem Kołodką. - Przed wejściem do Kołodki spotkaliśmy jednego z ówczesnych wiceministrów, który zaprowadził nas do premiera. Według moich informacji, był on odpowiedzialny w resorcie za przygotowanie umowy. Gdy Kolodko zobaczył przygotowana umowę, poderwał się z fotela i pokazując na niego palcem powiedział: Jak bym wiedział, ze to ty opracowałeś umowę, to bym cię zdymisjonował. W mojej obecności, Kołodko odebrał ją wiceministrowi i przekazał generalnemu dyrektorowi J.B., który następnie z Podsibirskim uzgodnił szczegóły - powiedział nam S.J. - Jesienią 1995 r. UOP zwrócił się do nas z prośba o pozwolenie na dokonanie zdjęć lotniczych Piechowic, z uwzględnieniem góry Sobiesz. Zdjęcia zostały wykonane, przeanalizowane i przekazane UOP - twierdzi pracownik Wojskowych Służb Informacyjnych. Według naszych informacji, po mianowaniu Józefa Oleksego premierem, rząd powołał specjalny komitet, który zlecił UOP odnalezienie niemieckich dokumentów dotyczących Piechowic. Funkcjonariuszom Urzędu udało się dotrzeć do ich posiadacza. Ten jednak, nie mając potwierdzenia na piśmie od Podsibirskiego oraz umowy o znaleźnym, odmówił ich wydania, twierdząc, że znajdują się w Niemczech. O całym zajściu poinformowano Podsibirskiego, który, oburzony, oświadczył ministrowi finansów, ze w związku z takim postępowaniem nie udostępni posiadanych przez siebie dokumentów. Wtedy, jak twierdza świadkowie, na scenie pojawia się ppłk T. Urzędu Ochrony Państwa. - Przez dwa miesiące nachodził Podsibirskiego i jego ekipę, prosząc, aby dla świętego spokoju dali sfotografować, chociaż fragment dokumentacji. W tym czasie ministerstwo przerwało prace nad umowa, licząc, ze UOP zdoła odebrać dokumentacje. - Kiedy po sporządzeniu przez T. raportu było już jasne, ze Podsibirski nie wyda dokumentów bez umowy, w kwietniu 1995 r. została ona podpisana - powiedział nam M. K., były członek zespołu poszukiwawczego. Umowa stwierdza, ze w przypadku znalezienia jakichkolwiek wartościowych przedmiotów, Podsibirski otrzyma 10 proc. znaleźnego. Pracownicy ministerstwa, z którymi udało się nam porozmawiać, a pamiętający treść umowy, twierdza, ze te 10 proc.- jeżeliby odnaleziono pociąg - to kilkadziesiąt miliardów nowych złotych. Wartość skarbu oceniono na setki miliardów marek. - Uzgodniliśmy, ze jedynymi osobami upoważnionymi do odebrania dokumentacji, będę ja i ppłk.T. Dopiero wtedy Podsibirski zdradził rządowi i nam, kto ma dokumenty. Nic z tego jednak nie wyszło. Zanim dotarliśmy na miejsce UOP już je zabrał - twierdzi C.W. Byłemu żołnierzowi Wehrmachtu funkcjonariusze UOP przedstawili propozycje nie do odrzucenia. - Niemcowi, który uczestniczył w wojnie, zawsze można coś przypisać. Dokumenty przepadły w archiwach UOP. Członkowie zespołu wielokrotnie zwracali się do władz o dotrzymanie umowy lub wydanie pozwolenia na prace w terenie. Pisali do wszystkich, kto miał jakikolwiek wpływ na decyzje rządu - bez rezultatu. Na pisma Podsibirskiego odpowiedziała pośrednio jedynie Kancelaria Prezydenta, wysyłając do Ośrodka Pomocy Społecznej w Raszynie pismo z prośba o przeprowadzenie wywiadu o stanie zdrowia Podsibirskiego. Pierwsze wyjście w teren Po długich zabiegach Podsibirski montuje ekipę poszukiwawcza. Władze Jeleniej Góry po konsultacji z Warszawa zgadzają się na wykonania próbnych wierceń na Sobieszu. - Kiedy Podsibirski przyniósł pozwolenie, ludzie w ekipie dostali kota. Nikt nie chciał go słuchać. Wbrew jego wskazówkom zaczęli wiercić w innym miejscu, bo ktoś im powiedział, ze tu powinny być ukryte brylanty. Wywalili w skale dziurę na 12 metrów i nic nie znaleźli, potem mieli do niego żal, ze ich nie zatrzymał. Chcieli go także odsunąć od całego interesu. Pisali do rządu, bratali się z miejscowymi, grozili - mówi Witold Nowak, uczestnik pierwszej wyprawy na Sobiesz. Po tej nieudanej próbie Podsibirski postanowił, ze prace będą jednak kontynuowane. - Nie mogę nic konkretnego powiedzieć o terminie wyjścia w teren. W kazdym razie będziemy kopać aż do skutku - mówi Podsibirski.

Ps. Nazwiska niektórych osób występujących w artykule zostały na ich prośbę zmienione.


Życie Warszawy 21.X.1998


"Co kryje góra Sobiesz"


Za kilkanaście dni zostaną otwarte podziemne labirynty pod górą Sobiesz w Piechowicach, gdzie pod koniec 1944 roku Niemcy ukryli zrabowane w czasie wojny skarby - dowiedziało się "Życie Warszawy". - Przeprowadzane w ubiegłym tygodniu wiercenia potwierdziły istnienie w górze Sobiesz podziemnej fabryki, w której Niemcy prawdopodobnie zgromadzili skarby - powiedział ZW Władysław Podsibirski, który od lat ich poszukuje. Z relacji świadków oraz z dokumentów, do jakich dotarł Podsibirski, wynika, ze w Piechowicach znajduje się nie tylko poszukiwany od zakończenia wojny tzw. Skarb Wrocławia, ale również cześć depozytów Centralnego Banku Rzeszy. A według żyjących żołnierzy z obsługi fabryki, jest tam także bursztynowa komnata. "Skarb Wrocławia" to oddane przez ludność Dolnego Śląska do depozytu cenne przedmioty, zgodnie z wydanym w 1944 r. zarządzeniem ministerstwa finansów III Rzeszy. - Na górze Sobiesz przeprowadziliśmy badania termowizyjne, radarowe, elektrooporowe i manometrem protonowym. Końcowym etapem były wiercenia. Teraz wiemy, gdzie i jak możemy wchodzić do podziemia. Ostateczne wyniki zostały przekazane najwyższym władzom RP - mówi Podsibirski. - Podczas wierceń w miejscach, gdzie według świadków, jak i wcześniejszych badań, znajdują się wjazdy do fabryki, wydobyliśmy na powierzchnie obok urobku skalnego także beton. W pewnym momencie wiertło natrafiło na taki opór, ze grunt, na którym staliśmy, zaczął drgać. Miało się wrażenie, ze stoimy na stropie. Prawdopodobnie wiertło trafiło na zbrojenie i nastąpiło zaklinowanie sztangi. Zaczęliśmy wiercić obok, ale znowu strąciliśmy wielo. Taka sytuacja powtarzała się kilka razy i jedynie tam, gdzie wcześniej radar zlokalizował betonowy tunel. W sumie wykonaliśmy kilkadziesiąt wierceń, w tym 90% trafionych - mówi Podsibirski. Te przeszkody chcą pokonać poszukiwacze, którzy wierzą, ze pod górą są skarby warte setki miliardów marek. Z dokumentów, które zostały udostępnione ZW, wynika, ze koło tzw. skałek przy drodze z Piechowic na Cicha Dolinę i koło Grzybowca znajdują się dwa wejścia, zamykane stalowymi bramami. Odchodzące od nich tunele (obecnie zasypane) łącza się w odległości 40 metrów z poprzecznym korytarzem. Od korytarza odchodzi kilka odgałęzień. Jedno, biegnące w stronę szczytu, po kilkunastu metrach dociera do tzw. magazynu. Z olbrzymiej podziemnej pustki wychodzą następne korytarze. Jeden z nich biegnie w linii prostej do miejsca, gdzie w czasie wojny znajdował się drewniany budynek, służący za koszary wartowników. Tu znajduje się szyb, którym można wydostać się na powierzchnie. Następne wejścia zlokalizowano pod oddalona około 100 metrów od skałek laka oraz w znajdującym się obok parowie. Przypomnijmy - Władysław Podsibirski od ponad dwudziestu lat poszukuje ukrytych w górze Sobiesz w woj. jeleniogórskim zrabowanych w czasie wojny przez Niemców skarbów. W połowie lat dziewięćdziesiątych rząd RP podpisał z nim umowę na ich wydobycie, z której rząd się nie wywiązał. Przy okazji podpisania umowy UOP zabrał Podsibirskiemu całą dokumentacje dotycząca Piechowic. Komentarz: Cała sprawa jest bardzo rozdęta przez prasę, interesuje nas, co do powiedzenia ma sam Pan Posiborski. Twierdzenie przez Życie Warszawy że ".....za kilkanaście dni zostaną otwarte podziemne labirynty pod górą Sobiesz... ", jest mało realne, gdyż takie prace wymagają wiele miesięcy pracy. Ponadto mało ekip eksploratorów, przystąpiło by do tak kosztownej i żmudnej pracy, opierając się głównie na pomiarach georadarów i termooporowych, gdyż metody te są mało skuteczne w górach, gdzie warstwy geologiczne i uskoki, oraz podziemne cieki zmieniają strukturę gruntu co kilka metrów. Metody te mogą być pomocne, ale wchodzi się na podstawie dokładnych planów i im się wierzy, albo zna się inne wejścia, których nie udało się wysadzić Niemcom, bo o nich nie wiedzieli (stare szyby wentylacyjne zasypane już przed wojną przez górników, wejścia z innych podziemni, piwnic, studni itp. Po wtóre wydaje się idiotyczne, aby Pan Posiborski był zainteresowany przekazywaniem wyników swych badań "...najwyższym władzom RP, gdyż już raz został przez nie oszukany i "okradziony" ze swojej dokumentacji. Jednocześnie należy wykluczyć teorie o bursztynowej komnacie gdyż w wymienionym okresie znajdowała się z całą pewnością w Królewcu w gestii gaulejtera Ericha Kocha, a nie Goeringa. Jednocześnie oferujemy się udzielić Panu Posiborskiemu pomocy w skompletowaniu planów i dokumentacji, ale musimy znać kilka nazw niemieckich instytucji lub osób związanych w tym okresie z obiektem, aby móc dotrzeć do niemieckich archiwów.



Gazeta Pomorska 24.11.1997


"Człowiek honoru kopie", "Kochanka prawdę ci powie"



W czerwcu 1944 Hitler i jego najbardziej zaufani generałowie wskazali Petersdorf, dzisiejsze Piechowice pod Jelenia Górą, na miejsce ukrycia depozytów bankowych III Rzeszy. Podsibirski niczym z rękawa sypie nazwiskami generałów uczestniczących w tajnej naradzie W Piechowicach wydrążono specjalne tunele w górze Sobiesz, przygotowano systemy wentylacji, zabezpieczenia i zaminowania tuneli. Pociąg zestawiono w Strzegomiu z trzech różnych transportów Były w nim trzy wagony Goeringa z Prus Wschodnich, a w nich może i Bursztynowa Komnata. I trzy wagony Ericha Kocha, wielkorządcy Ukrainy. I jeszcze kilka z Kłodzka, prawdopodobni z depozytami banków wrocławskich - 7 listopada t944 roku pociąg zatrzymał się w fabryce torped w Piechowicach, gdzie dziś mieści się zakład Karelmy. W 24 godziny ułożono 400 metrów torów prowadzących w głąb góry. Na lokomotywie zamontowano stalową płytę idealne pasującą do wymiarów tunelu - opowiada Podsibirski. - Dowódcą tej operacji był generał Schteinke Pociąg skrył się w czeluściach góry, prowizoryczne tory rozebrano, tunel oraz wszelkie ślad jego istnienia zasypano, więźniów drążących skały zabito. Podsibiński o istnieniu skarb w górze Sobiesz dowiedział się od swego przyjaciela ze śląska. Śladów poszukiwał w Niemczech, USA w Boliwii nawet. Okazało się, że mapy są w posiadaniu mieszkańca Kielc. którego kochanka była córka generała SS. Po raz pierwszy Podsibirski przyjechał do Piechowic w roku 1988. Dotarł też do mieszkającej w Wałbrzychu kochanki innego generała niemieckiego. 10 procent dla pana, panie P. Wydobyciem skarbu zainteresował ministerstwa: ochrony środowiska, kultury, finansów. Podsibirski wystąpił jako przewodniczący Zespołu Osób Prywatnych. Twierdzi, że w Karpaczu spotkał się z ministrem Żelichowskim i przekazał mu odręcznie narysowaną mapkę. Minister na posiedzeniu rządu 17 stycznia 1995 roku miał powiedzieć: Znam miejsce ukrycia skarbu w Piechowicach. Zdaniem Podsibirskiego, za rządu Oleksego powołano specjalny zespól w składzie: Kołodko, Żelichowski, gen. Czempiński (UOP), wiceministrowie Polak i Bogutyn. Faktem jest, że 9 maja 1995 roku Podsibirski w imieniu Zespołu Osób Prywatnych podpisał z Ministerstwem Finansów umowę dotyczącą r warunków . poszukiwania skarbu w Piechowicach. Określono w niej m. in. wysokość wynagrodzenia za , odnalezienie skarbu. Wdziałem tę umowę, jak i inne pisma podpisane m. in. przez wojewodę jeleniogórskiego, który w lipcu potwierdził prawo Podsibirskiego do uzyskania nagrody -10 proc. od skarbów znalezionych w Piechowicach. Ten sam wojewoda w sierpniu zwrócit się do dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego, z prośba o pomoc dla wydobywających skarb: "W czasie prac wydobywczych koniecznym może się okazać udział i obecność saperów, dlatego też popierając to przedsięwzięcie uprzejmie proszę Pana Generała o rozważenie możliwości odpłatnego udzielenia takiej pomocy, na wniosek "Zespołu" i na jego koszt". Przed tygodniem byłem w jeleniogórskim Urzędzie Wojewódzkim. O pismach wojewody - Janusza Pezdy, o Podsibirskim nikt rozmawiać nie chciał. Według rzecznika prasowego najwięcej wie o sprawie Jan Politaj, dyrektor generalny urzędu. Ale Politaj nabrał wody w usta. Układ Podsibirski, jak mówi, kiedyś produkował simmeringi, uszczelki do maszyn wysokoprężnych i powodziło mu się nieźle. Kiedy zrobiło się wokół niego głośno, nagle jego kontrahenci pozrywali z nim umowy. Jest więc dziś na garnuszku żony. Pieniędzy na poszukiwania skarbu nie ma. Jeden z wiceministrów zaproponował mu kontakt ze Stajszczakami, "bardzo majętnymi i uczciwymi biznesmenami z Bydgoszczy"- I Podsibirski skontaktował się. Mieczysław Karmrowski, prawnik braci Stajszczaków, podpisał z nim stosowną umowę na poszukiwania. Podsibirski miał dostarczyć mapy. Za pieniądze Stajszczaków zakupiono droga i specjalistyczna aparaturę badawcza, wynajęto sprzęt, ludzi. Zgodę na podjęcie robót podpisał Podsibirski z Nadleśnictwem Szklarska Poręba. Nadleśniczy w pismach tytułuje go jako "Znalazcę Skarbu Piechowickiego". Podsibirski planów nie dostarczył, gdyż - jak twierdzi - UOP zabrał je siłą. Nie wywiązał się więc z umowy z Karwowskim. W tej sytuacji bydgoszczanie rozpoczęli wykopy na własny rachunek, bez udziału Podsibirskiego i jego zespołu. - A mam przecież czarne na białym, że to ja jestem znalazca skarbów piechowickich - mówi mieszkaniec Raszyna.! To mnie należy się nagroda. Podpisałem z nim umowę, są więc wykonawcami mojego zlecenia. Oburzony na działania bydgoszczan skierował do prokuratury doniesienie o przestępstwie. Miał pojawić się w, Bydgoszczy na przesłuchaniach 13 października. Nie przyjechał, bo zachorował Doniósł też na jednego z wiceministrów Prokuratura warszawska 22 września tego roku odmówiła wszczęcia śledztwa. Prokurator Henryka Rybińska stwierdziła w uzasadnieniu, że nadal obowiązuje ministerstwo podpisana z Podsibirskim umowa, w myśl której otrzyma on 10 proc. wartości znalezionego skarbu. Doszło do tego, że grupa Karwowskiego zaczęła kopać z jednej strony góry, a grupa Podsibirskiego z drugiej. W piątek na miejsce wykopów zaprowadziła mnie dwójka piechowickich dzieci. Teren jest ogrodzony, w ziemi potężna dziura. Ani żywego ducha. - Przerwali prace kilka dni temu i chyba wynieśli się mówią chłopcy - A jaki tu huk robili, jak strzelali dynamitem aż szyby drżały Gdzie te ule? Następnego dnia przyjechałem tu z Podsibirskim. Oprowadził mnie po okolicach góry Sobiesz. Jego zdaniem tunele podziemne rozciągają się daleko. Pokazał mi urwane torowisko, nienaturalnie usypane wąwozy obłożone kamieniami, miejsce, gdzie według niego mieści się zasypany tunel, przez który wjechał w podziemia pociąg. Widziałem betonowy budynek wartowni, szyby wentylacyjne, studzienki i rury odwadniające - Tu pod ziemią jest maszynownia mówi. Żeby dojść do tego co pod nami, trzeba znaleźć trzy studzienki, powędrować do zaworów uruchomić pompy odwadniające, trafić do tablicy rozdzielczej i rozminować korytarze wiodące do pociągu Są wysokie na 185 cm, szerokie na 80 cm Ja znam tylko dojście do pomp.. .- A tam, gdzie zasypane wejście do tunelu, od 1946 roku stały ule bez pszczół Pilnowali ich strażnicy. Wiosna tego roku ktoś zniszczył te ule. - No, pilnowałem pasieki, to prawda - przyznaje się Gutek z ul. Karpackiej w Sobieszowie. - i faktycznie ją zniszczono. Należała do Polaka i w ulach były pszczoły Tu o skarbach nikt nic nie wie, bo przecież Niemcy wyrzucili wszystkich. Zasiedlono te tereny dopiero w roku 1946. Ja miąłem wtedy 10 lat Zdążyć przed Niemcem Gutek prowadzi do Dzidka, mieszkającego obok sobieszowskiego pałacu Dzidek chwieje się i opowiada o skarbach. - W murach skarpy, na której ten zamek stoi, są zamurowane dwa garaże - mówi. - Wiem o tym od Niemca, któremu naprawiałem samochód. Są w tych garażach mercedesy i skarby... I pyta: - Masz na piwo? Bo suszy. Według relacji okolicznych mieszkańców - skarby ukryte są też w willi generała niemieckiego i w kilku innych miejscach. Według Podsibirskiego dwa wagony zakopane są pod kasztanowcem przed dworcem w Szklarskiej Porębie. I też trzeba będzie do nich dotrzeć. Na razie istnieje pilna potrzeba odkopania skarbów piechowickich. Bo mówi, kiedy Polska wejdzie w struktury Europy, to skarby przechwycą Niemcy. Trzeba się, więc spieszyć. Pisał w tej sprawie do prezydenta Kwaśniewskiego, przewodniczącego Krzaklewskiego, premiera Cimoszewicza. Próbował Podsibirski kopać sam w oparciu o badania naukowców z Krakowa. Zrezygnował, gdyż nie na trafił na tunel. A może mnie wprowadzono umyślnie w błąd? - zastanawia się. Andrzej, mieszkający najbliżej domniemanego tunelu, którego ojciec w czasie wojny był strażnikiem w fabryce, twierdzi, że wszyscy kopia w złych miejscach. On wie, gdzie są skarby ukryte, bo ojciec przed śmiercią zdradził mu tajemnicę. Najgorsze, że są tam potężne ładunki dynamitu. Źle trafisz, to Piechowice i Sobieszów wyleć w powietrze przepowiada. Kopta więc, chłopy - zwraca się do Podsibirskiego , ale ostrożnie, by szyby i moja chałupa zostały.



Wojciech Kopeć



fot. "domek ogrodnika" - pozostałości po wartowni na górze Sobiesz


Strona główna | - Historia | - Zdjecia | - Z gazet... | Mapa witryny


Powrót do treści | Wróć do menu głównego